HISTORIA SPOŁECZNA NIELEGALNEGO PARKOWANIA

Zygmunt Kubski, Osiedle Z, b.d. (źródło” abc.tychy.pl)

Przestrzeń półpubliczna — parkingi samorzutne

Drugą formą prywatyzacji przestrzeni połpublicznej jest jej przeobrażanie – przez właścicieli pojazdów mechanicznych – w parkingi samorzutne, samowolne. Jest to zjawisko w Tychach dość powszechne, ze względu na notoryczny brak stałych garaży. Rożna jest natomiast jego skala w poszczególnych częściach miasta. W przypadku badanego fragmentu osiedla D powstały dwa takie parkingi. Pomijamy tutaj bardzo rozpowszechnione pozostawianie samochodów na poboczach dróg wewnętrznych i alejek oraz, co gorsza, bezpośrednio na chodnikach przeznaczonych wyłącznie dla pieszych. Ten ostatni zwyczaj powoduje, iż szerokie stosunkowo chodniki przeistaczają się w wąskie ścieżki. Charakterystyczne jest także i to, iż samochody stoją nieraz wprost pod oknami właścicieli. Nic więc dziwnego, że z 33 naszych rozmówców aż 15 napiętnowało stanowczo te praktyki (9 uwag dotyczyło parkowania samochodów pod oknem, a dalszych sześć odnosiło się do hałasu i smrodu spalin w okolicach domów). Ta negatywna ocena jest w znacznym stopniu usprawiedliwiona, gdyż właściciele pojazdów traktują wewnętrzne przestrzenie osiedla, zwłaszcza zaś chodniki i alejki dla pieszych, także jako miejsce napraw, stanowisk do mycia, prób szybkości.

Wywiady swobodne z mieszkańcami osiedla D dość jednoznacznie wskazują, że samowolne parkingi oceniane są tak źle dopiero od początku lat osiemdziesiątych. Do tego bowiem czasu samochodów było stosunkowo niewiele, a same parkingi były specyficznymi miejscami społecznego skupienia. Symptomatyczny jest los dzikiego parkingu, zbudowanego w końcu lat siedemdziesiątych przez mieszkańców dwóch klatek bloku przy Alei Niepodległości, na dawnym trawniku stanowiącym przedłużenie placu zabaw dla dzieci. Teren został ogrodzony z dwóch stron barierkami, podzielony na 6 boksów, każdy z własnym numerem, a cały parking oświetlony specjalną latarnią zainstalowaną na koszt właścicieli pojazdów. Przenieśli oni także na teren tego parkingu ławki. Każda poważniejsza naprawa, montaż radia, malowanie kołpaków etc., wykonywane odtąd były, i są nadal, w większej grupie, do której dołączają niekiedy żony właścicieli. Oni sami spędzają na parkingu, zwłaszcza w lecie, wiele czasu – często 5-6 godzin dziennie. Początkowo ich działania – wiemy to od naszych rozmówców i samych zainteresowanych – spotkały się z aprobatą i zrozumieniem pozostałych mieszkańców bloku. Sytuacja uległa dosyć istotnej zmianie, kiedy w osiedlu przybyło wiele samochodów, a ich właściciele zaczęli zachowywać się coraz bardziej agresywnie i ekspansywnie, zastawiając pojazdami drogi i chodniki. Zaniepokojenie lokatorów wzmaga także notoryczne przekraczanie przepisów ruchu drogowego, zwłaszcza zaś poruszanie się z nadmierną prędkością po wewnętrznych wąskich drogach osiedlowych, na których często bawią się dzieci (dopuszczalna prędkość: 30km/godz). Skalę i stopień tego szczególnego konfliktu przestrzennego ujawnił wypadek drogowy na wewnętrznej uliczce osiedla. Młody motocyklista jadący z dużą prędkością wpadł na cofający samochód osobowy. W pobliżu zderzenia znajdowała się grupka małych dzieci, bawiących się na chodniku. W ciągu kilku minut zbiegli się lokatorzy tworząc niezwykle agresywny tłum. Zaatakował on, szarpiąc i popychając, dotkliwie poranionego i znajdującego się w stanie szoku motocyklistę. Co więcej, do takich agresywnych zachowań nakłaniali tłum widzowie, zajmujący miejsca na balkonach okolicznych domów. Znani nam z łagodnego usposobienia mieszkańcy zachowywali się niegrzecznie, wręcz chamsko i brutalnie. Nikt natomiast nie zwrócił uwagi na to, iż współwinnym zajścia był kierowca samochodu, który nieopatrznie wysunął się z bocznej alejki. Na szczęście szybko przyjechała policja, która wzięła motocyklistę do pojazdu służbowego, chroniąc go tym samym przed dalszymi napaściami tłumu. W tym jednostkowym przypadku ujawniła się cała agresywność lokatorów wobec właścicieli pojazdów. Motocyklista personifikował bowiem owych właścicieli, budzących mieszkańców rannym zapalaniem samochodów, zatruwających powietrze spalinami, zajmujących chodniki i stanowiących zagrożenie dla bawiących się na nich dzieci.

Marek Szczepański, »Miasto socjalistyczne« i świat społeczny jego mieszkańców, Uniwersytet Warszawski, Warszawa 1991