SŁOWNIK URBANISTYCZNY | WATERFRONT

Gdy studiujesz równocześnie architekturę i filozofię, wiele osób prowadzących zajęcia z projektowania przyjmuje a priori, że jesteś natchniona i uduchowiona. Wciągają Cię więc w dyskusje o układzie spoin w ceglanym murze, wyznaczonym (ponoć) z uwzględnieniem proporcji rządzących pitagorejską harmonią sfer, albo bombardują pytaniami o ocenę książki swojego autorstwa, poświęconej związkom między kształtowaniem przestrzeni miejskiej i metafizyką, na które nie chcesz odpowiadać – wiesz przecież, że jedyne, co mogłabyś zrobić, to: empatycznie pochrumkiwać i zapewniać, że jeszcze nigdy nie spoglądałaś na ten problem ze wskazanej (awangardowej) perspektywy, proponować niezajmowanie się tym, na czym się Twój rozmówca nie zna, albo sugerować powrót do lektur licealnych, ot takiego „Świata Zofii” Josteina Gaardera czy „Historii filozofii” Władysława Tatarkiewicza. Mogłabyś również zapaść się pod ziemię z zażenowania.

Co wybrać: rżnąć głupa, polemizować albo milczeć? Moją taktyką było milczenie, choć wewnętrzny głos, z którym zazwyczaj sprzeczałem się o różne kwestie, ponieważ zajmował stanowisko odmienne od mojego i do tego jeszcze tak zaciekle go bronił jak ja sam, powtarzał razem ze mną jednogłośnie, że do wyboru studiów filozoficznych skłoniło mnie tylko i wyłącznie zainteresowanie logiką matematyczną oraz pewną dość abstrakcyjną kwestią poruszoną przez nauczyciela w liceum. Tak, chciałem wiedzieć, czy liczby istnieją i co właściwie znaczy to pytanie.

Na szczęście pojawiła się ona, najstarsza profesorka na Wydziale Architektury, a później promotorka mojego dyplomu. W trakcie wykładów z planowania przestrzennego opowiadała, że jednym z największych problemów urbanistycznych Krakowa jest mała liczba i nieprawidłowe w stosunku do największych potoków ludzi rozmieszczenie szaletów. Dostrzegała, że osoby zajmujące się reorganizacją miasta lub przyuczające się do uprawiania tego wyjątkowego zawodu lubią rozważać rzeczy piękne i wzniosłe, wielkie i prestiżowe, ale porzucają to, co jest naprawdę ważne, a w swej biologicznej prostocie – uniwersalne i ponadczasowe. Jak jedzenie. Tak, chodziło o jego odwrotność, a raczej metaboliczne przedłużenie, czyli wydalanie. Wszyscy studiujący wszak pochylają się nad skomplikowanymi rozwiązaniami funkcjonalnymi, naprawiają sieci komunikacyjne, roztrząsają kwestię ciągłości systemów zielni, a nikt nawet przez chwilę, przez kilka sekund, nie zastanowi się, gdzie człowiek pędzący przez miasto się wysika, jeżeli będzie miał daleko do domu lub lokalnej restauracji, a wejście do cudzego mieszkania zatarasuje mu onieśmielające, a właściwie totalnie paraliżujące poczucie wstydu i wizja tego, że miałby zapytać… No właśnie, o co i w jaki sposób? A co zrobi taka osoba, która na przykład choruje na szczelinę odbytu i akurat zaczyna odczuwać parcie na stolec w trakcie galopu przez śródmieście?

To wbrew pozorom są ważne pytania – zarówno z punktu widzenia teoretycznego, jak i praktycznego. Na gruncie współczesnej (soma)estetyki mówi się wiele o medykalizacji ciała, transgresji cielesności w sztuce, ciele wirtualnym, tresowaniu ciała czy o deprywacji sensorycznej. Filozofowie milczą jednak o płynach fizjologicznych, choć nie zawsze. W eseju towarzyszących albumowi fotograficznemu Konrada Pustoły pod tytułem „Darkrooms” Alexander García Düttman przygląda się pomieszczeniom do uprawiania anonimowego seksu grupowego i pozostawionym przez jego uczestników śladom, ale i tak doświadczenie użytkowania uwzniośla poprzez poszukiwanie w nim obietnicy wiecznej młodości, która pryska w momencie wyjścia z mrocznego labiryntu na światło dzienne. Interesuje go specyficzna gra, w którą wchodzi każdy udający się do miejsca będącego czystym wnętrzem ukrytym na zawsze przed zewnętrzem, nawet wtedy, gdy świat codzienny sączy się do środka wbrew przyjętej konwencji.

Dobrze, napiszmy to wprost: jeżeli w kopulacji można odkrywać wieloznaczność i rytmiczność poetyckich strof, to oddawanie moczu w plenerze jest jednowymiarową prozą zbudowaną z prostych zdań w trybie rozkazującym. Tak też było w moim przypadku, gdy wiele lat temu wielokrotnie czekałem na pociąg na stacji Gorzów Wielkopolski Wschodni. Za potrzebą wędrowałem w zarośla obrastające nabrzeże warciańskie, gdzie realizowałem, co do mnie należało, wpatrując się jednocześnie w błyszczącą i pofałdowaną nawierzchnię rzeki płynącej w stronę Odry i Kostrzyna. To miejsce się jednak zasadniczo zmieniło – stanowi piękny bulwar, dziś ośnieżony, rozświetlony zimowym słońcem i rozmierzony niebiesko-fioletowymi cieniami obszar, który pozwala godzinami włóczyć się wzdłuż tej samej leniwie pełzającej Warty. A może już innej, gdyż sposób obserwowania i kondycja obserwującej (wysikanej w publicznej toalecie znajdującej się w garażu przy filharmonii, całkiem niedaleko) determinuje sposób, w jaki przedmiot obserwowany jej się prezentuje w swojej pełnej obecności?

Olga Tokarczuk, autorka drugiego z tekstów dołączonych do albumu fotograficznego Konrada Pustoły, powiedziałaby, że przestrzeń nieoczywista zamieniła się w oczywistą. Na szczęście ten gest narzucania urbanistycznej definicji nie był absolutny i już za pobliskim Mostem Lubuskim odnajdziemy zieloną resztkę odkrojoną przez nóż projektowy, który naszemu otoczeniu nadaje kształt foremny i czytelny dla rozumu żądającego prostych odpowiedzi.