KOGO ŚMIESZY ZAGOSPODAROWANIE PLACU W WIELENIU?

Zaletą (i wadą) mema urbanistycznego jest to, że skomplikowane problemy i procesy gospodarki przestrzennej przedstawia w formie jednego obrazka ilustrującego konkretną sytuację, która w zamyśle autorki lub autora tego opracowania stanowi przykład czy ucieleśnienie większego zjawiska lub skutków jego zajścia. Stanowi więc graficzną wersję figury retorycznej pars pro toto opatrzoną stosownym, czyli prześmiewczym komentarzem. Dzięki jego ekspersyjnej strukturze mema możemy obejrzeć, a właściwie szybko wyłonić z medialnego szumu i pochłonąć wzrokiem, najpierw się śmiać z jego treści, a potem ze zrezygnowaniem nad nią dumać. Zwieńczeniem tego prostego doświadczenia estetycznego jest zazwyczaj niezbyt wyrafinowana refleksja sprowadzająca się do hasztagowego hasła „Daily Poland” lub „Dzień dobry w Polsce”. Skoro bawi, to w czym problem?

Otóż polska codzienność to nie tylko betonoza, samochodoza, szyldoza, słupkoza i żniwa na polach uprawnych między blokami nowych osiedli deweloperskich zlokalizowanych w bliżej nieokreślonym miejscu, z którego widać tylko inne bliżej nieokreślone miejsca. Memy mogą skutecznie kastrować nasze myślenie i tworzyć złudzenie, że dotykamy istoty rzeczy, gdy tymczasem zajmujemy się tylko emocjonalnym wyładowaniem w rozrywce. Kłopot ze śmiechem jest taki, że nie tylko pozwala nam pozbyć się zbędnego zadęcia i ukazać sprawy ponoć wielkie jako faktycznie małe (dlatego tak zdrowe jest drwienie z wypowiedzi niektórych architektek i architektów o architekturze, które zwykłą działalność projektową zamieniają w misterium). Śmiech może być znakomitym orężem postawy konserwatywnej, ponieważ zwalnia nas z wysiłku docierania do prawdziwych problemów i realnego zaangażowania.

Ostatnia burza memicznego rechotu przetoczyła się nad placem Nowego Miasta w Wieleniu, wielofunkcyjną przestrzenią publiczną i jednocześnie targowiskiem miejskim – zgodnie z deklaracjami władz samorządowych, albo sztandarowym przykładem betonozy – jak chcą osoby uczestniczące w tej burzy. O patologicznej wartości tej kreacji miała zaświadczać ustawiona na środku placu rzeźba przedstawiająca dąb. Monument upamiętnia jednak – możliwe, że w sposób niewyszukany – wręczaną co roku nagrodę społeczno-gospodarczą burmistrzyni. Na pewno nie jest pomnikiem wyrębu.

Wieleń to właściwie trzy piękne miejsca: część południowa rozwijająca się od okresu średniowiecza jako strategiczny gród, a potem ośrodek miejski, część północna działająca od końca XIX wieku jako niezależna miejscowość, a także położona między nimi malownicza dolina Noteci. Obecnie to jedna gmina, która nie uprawia samorządowego greenwashingu (i na przykład sadzi łąki kwietne między jezdniami, a jednocześnie zaniża do zera wskaźniki powierzchni biologicznie czynnej w planach miejscowych). To zielone małe miasto, po którym można byłoby się sprawnie poruszać na rowerze, gdyby główna ulica (droga wojewódzka nr 177, na załączonym zdjęciu) była wyposażona w odpowiednią infrastrukturę i rowerzystka przemierzająca międzynarodowy szlak R-1 nie drżała o swoje życie za każdym razem, gdy obok niej mijają się dwa samochody ciężarowe.

Rozwiązanie wieleńskiego placu nie jest zamachem na zieleń w Polsce, a przeciwstawiany mu remont rynku w Skierniewicach jej nie ratuje. Każda z tych inwestycji ma znaczenie lokalne, a nie systemowe. Po prostu są miejsca, gdzie należy wytworzyć pustą utwardzoną nawierzchnię, i miejsca, które warto, a nawet trzeba zazielenić, gdyż taki pomysł wynika z szerszej analizy. Bilans ekologiczny miasta lepiej wykonywać w odpowiedniej skali, a nie w kadrze zdjęcia, ponieważ tylko wtedy możemy wypracować sensowną i skuteczną strategię poprawy zagospodarowania przestrzennego zgodnie z globalnymi celami klimatycznymi.

Tak, dobre memy są zawsze śmieszne, choć rzadko trafiają w sedno, rozrywkowe preludium powinno być więc początkiem, a nie końcem doświadczenia.